niedziela, 6 grudnia 2009

Od Łucyi dni dwanaście policz sobie do Wilii, patrz na słonko i na gwiazdy, a przepowiesz miesiąc każdy



Dwa miesiące temu zapragnęłam upiec szafranówki. Na kolejnych zakupach poszukiwałam zatem szafranu a jak już w końcu miałam, okazało się że trzeba poczekać do adwentu.
Trzeba, bo najlepiej ponoć smakują w adwent. Karol narzekał cały ten czas że sam wykorzysta mój szafran, że się bułeczek nie doczeka, ze obiecanki cacanki i takie tam;]
Lussekatter lub lussebulle to bułeczki z ciasta drożdżowego przyprawione szafranem. Bułeczki wypiekane są w wielu tradycyjnych kształtach, z których najprostszym jest kształt litery S.
Są to zazwyczaj spożywane w czasie Adwentu, a zwłaszcza na Dzień św Łucji, 13 grudnia.
Z tym dniem związanych jest też szereg przysłów "Święta Łucja dni przerzuca", "Od Łucyi dni dwanaście policz sobie do Wilii, patrz na słonko i na gwiazdy, a przepowiesz miesiąc każdy". To dzień przynoszącej światło Świętej Łucji (Sankta Lucia), który tradycyjnie świętuje się w Szwecji pochodem ubranych na biało dziewcząt z wiankiem z płonącymi świecami.


Lussekater po mojemu
Składniki na 16 bułeczek:

25 g drożdży
50 g masła
0,5 l mleka
125 g białego sera - ja kupowałam półtłusty w kostce
0,5 g szafranu
kubek cukru
0,5 kg mąki na "dzień dobry" plus dosypywana w trakcie, podejrzewam ze razem koło 3/4 kg

Glazura:
1 jajko
1 łyżka mleka


Masło roztopić, dodać mleko. Podgrzać do temperatury ciała. W mleku i maśle rozetrzeć drożdże. Wymieszać z mąką, cukrem, szafranem i serem. Zagnieść i wyrobić gładkie ciasto. Przykryć i odstawić na 1 godzinę w ciepłe miejsce.
Ponownie wyrobić ciasto, podzielić na 16 wałeczków o długości ok. 20 cm. Wałeczki formować w literę S. Ozdobić rodzynkami i ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Przykryć i odstawić na 30 minut do ponownego wyrośnięcia.
Bułki posmarować roztrzepanym jajkiem z mlekiem.
Nagrzać piekarnik
Piec w temp. 200 st C przez około 10 min - piekarnik elektryczny, termoobieg
więc w zwykłym nieco cieplej trzeba mieć



Na koni9ec wyróżnienie, dostałam od Szkatułki z wyobraźnią i przejkazuję dla Peggy, za niezwykle ciekawy blog!

środa, 2 grudnia 2009

adwentu czas

Grudzień, wyczekany, upragniony. I mam nadzieję że lepszy. Brakuje mi do szczęścia grudniowego śniegu, ale zaklinam zimę powoli chodząc w czapce z królika i butach z futrem.
A co poza tym? Czuję święta, przez skórę, włosy paznokcie. Ja jestem świątecznym zwierzem bardzo. Uwielbiam ten klimat wyczekiwania, szykowania, krzątaniny. Ostatnio złapałam się na podśpiewywaniu w sklepie jakiejś "kristmasowej" piosenki która leciała w tle.

Z braku możliwości zakupu u nas adwentowej świeczki postanowiłam taką zrobić. Parafina czekała już dawno na swój dzień.
Mimo peturbacji związanych z foremką nieszczelną, zalaniem kuchni woskiem i wypełnieniem dzbanka niechcianym płynem powstała świeczka z duszą.







W tym roku postanowiłam też że czas najwyższy zacząć wracać do kartek świątecznych, smsy, maile w tym charakterze zaczynają mnie dobijać, bo są takie niestety mało uroczyste. Materiały do kartek gromadziłam już od września, a oto efekt, pewnie to zaledwie połowa którą wyślę:


Dalej potrzebuję przepisu na piernik, teraz już mam dodatkowe ciśnienie że nie zdążę. Przepisy babci przejrzane ale niestety pewności brak o który przepis chodzi. Kto poratuje?
Tymczasem życzę miłego oczekiwania w atmosferze krzątaniny, mi to bardzo poprawiło nastrój. No i dziękuję wszystkim tym którzy dodawali ostatnio otuchy jak się waliły klocki mojego świata.

piątek, 27 listopada 2009

przetrwać jeszcze tylko 3 dni

Dlaczego?
Bo listopad nie był fajny.
Po prostu. Taki parszywy miesiąc, zresztą nie pierwszy raz...

Pojechałam na warsztaty, było cudnie ale tylko jeden dzień. Wróciłam pilnie po nocy ze spastycznym oddechem astmatycznym bo się pół nocy i ranka dusiłam a mój lekarz chciał mnie od razu położyć do szpitala. No i się już wtedy przeraziłam. Ze to nie są żarty. Ubłagany zalecił zastrzyki i mieliśmy czekać czy będzie jakaś poprawa. Pomijam fakt, że mam sine ręce bo żyły nie dość ze mało widoczne to pękały...
Taki więc był wyjazd... A przyczyna prosta, len roszony tak naprawdę po wyschnięciu stał się zagrzybioną słomą lnianą - raj dla alergika.

I to chyba było apogeum kiepskich zdarzeń w tym miesiącu. Jestem tego pewna. Limit wyczerpany. Zważywszy na fakt że koleżanka tez wpadła w niezłe tarapaty ze swoimi plecami i wizje były nieciekawe.
Zarządzam zatem koniec trosk w listopadzie. I basta!

Teraz będzie pozytywniejsza część notki.
Dzięki Sarenzir za informację i gratulacje. Zdjęcie autorstwa mojego męża zostało opublikowane w najnowszym numerze Weranda Country!!! I powiem wam że jestem z niego bardzo dumna!!! Z męża oczywiście;]

Koko ma zdjęte szwy, czuje się dobrze. Anuk rośnie jak na drożdżach.

Dziś po raz pierwszy poszłyśmy na króciusieńki spacer. Choć tak naprawdę nie da się chyba iść ze szczeniakiem i dorosłym psem, już wiem że do tego potrzebne są na razie przynajmniej "dwa ludzie" a to oznaczać będzie brak zdjęć.







wtorek, 24 listopada 2009

posypało się

Posypało się trochę. Ostatnie dni to jakiś koszmar po prostu.
Najpierw modlitwa by telefon nie zadzwonił. Nie że telefon jest sam w sobie czymś nieprzyjaznym. Ale zła wiadomość zawsze człowieka dogoni. I to była taka cicha modlitwa, by nie zadzwonił właśnie... A jak dzwonił to biegłam a moje ciśnienie przekraczało wszystkie normy, by za chwilę odebrać i odetchnąć. Ale nie jest łatwo.

No i Chrumuś.
Mimo leków wcale nie było poprawy. Niedzielna noc. Karol pracuje, ja próbuję zasnąć. Słyszę ze wychodzi ze świnką, zerkam na zegarek, jest 2.15. Odliczam 5 minut za które powinnam słyszeć znajomy odgłos na schodach. Cisza.
Mijają kolejne minuty. Wstaję bo przestaje mi się wszystko zgadzać. Na piżamę wkładam kurtkę Karola, kalosze. Idę do sadu. Widzę w oddali w drzewach postać z łopatą.
I za chwilę wyję... już do rana.

Siedzę sobie właśnie spakowana, leje za oknem a ja wycieram łzy. Jadę na warsztaty tkackie. Nie mam nastroju, nie mam chęci. Ale wiem że ten wyjazd jest mi potrzebny, by oderwać się, pozbierać myśli. Ale z drugiej strony nie chcę zostać teraz sama, zostawić zwierzyńca, naszych koni, Usza, małej lisiczki polarnej, trollowej świnki i Kokojednooko...

Tak więc do usłyszenia, mam nadzieję ze w lepszych wibracjach.

sobota, 21 listopada 2009

zwierzakowo

Zwierzakowo dziś. Znowu.
Z prostej przyczyny tak naprawdę, nasze życie jest bardzo "zwierzakowe", to zwierzęta wytyczają nam rytm dnia a jak są jakieś zawirowania to nie ma czasu na pieczenie chleba, łażenie po gabeciach i Muminki.
Koko po operacji jednooka ale ma się bardzo dobrze, jej klatkowy kolega Chrumek niestety złapał jakiegoś wirusa. Pewnie przyniesiony tak naprawdę od weterynarza:( No i kicha, prycha, chudnie i wymiotuje. był u doktora, dostaje leki i liczymy że się szybko wyliże bo w tym miesiącu pójdziemy przez wizyty u doktorów z torbami...

Pojawił się też pewien maluch. Maluch zwie się Anuk. Urodził się 19 września więc ma dwa miesiące i dwa dni. Żeby nie było wątpliwości, Anuk jest dziewczyną, została Kruszynową koleżanką stajenną.







sobota, 14 listopada 2009

Koko jedno oko

Miała być porządna notka, o pewnej książce a tymczasem nastrój mam beznadziejny. Choć i tak jest lepiej.
Jedna nasza frecia - Koko dziś miała operację usunięcia gałki ocznej, w sumie tylko na tym się skończyło na szczęście wygląda ze to pourazowe a nie wywołane guzem - bardzo się tego obawiałam.
Śpi sobie teraz, obłożona w transporterku butelkami z ciepłą wodą i liczę na wasze kciuki by szybko doszła do siebie.

środa, 11 listopada 2009

10 kg ziemniaków, 2,5 kg mięsa, dwa pokolenia w kuchni i co wynikło ze spotkania

Takie spotkanie marzyło mi się od dawna. Matka i córka. Bulgoczące garnki, fartuszki i para.
Co wynikło ze spotkania dwóch kobiet w kuchni? Wspominki kulinarne, bo tym dla mnie są kartacze. Kartacze zawsze będą mi się kojarzyć z gwarnym domem w Gołdapi, z moją ciocią, przekrzykiwaniem się i ślizgawką z ławy na wysoki połysk.
Ostatnio mi tak wspominkowo, czas ucieka i czuję to namacalnie. Kiedyś jako szczeniara wolałam śrubki i garaże niż gotowanie. Dziś żałuję że nigdy nie upiekłam z babcią piernika, takiego kresowego piernika jak ona nie umiał zrobić nikt...
Dlatego postanowiłam poprawę, chcę zachować dziedzictwo kulinarne rodzinnych stron mojej mamy, kresowe przepisy mojej babci.
I stąd kartacze, bo jak można nie umieć robić dania co mi się zawsze będzie kojarzyć z wakacjami? Z Korą, i pokrzykującym wujkiem?

Zaczęło się niewinnie, od jakiś 10 kg ziemniaków. Do obrania oczywiście.


Potem cała reszta procedury, tarkowanie, odciskanie, gotowanie, przekręcanie, mieszanie, nadziewanie itd!
Wyszły pychotne, pachniały wspomnieniami!
Szkoda że zdjęcie nie oddaje tego klimatu całego. Bo dla mnie kartacze to coś więcej niż obiad, to moje dzieciństwo!

sobota, 7 listopada 2009

popchnąć marzenia

Jest taki ktoś, komu bardzo ufam jeśli chodzi o jego gust, smak i wyczucie.
Ktoś kto rysuje nam nasze marzenia.
Wczoraj wspólne spotkanie, burza mózgów a może nawet pranie. Całość zaczyna się naprawdę ciekawie rysować.

Poza tym jakaś niemoc. W sumie lepiej niż jesienna depresja, coroczna. Taki stan kiedy powietrze już ze mnie zeszło ale muchy w nosie nadal mam. Nic mi się nie chce a przy tym jestem zła ze tak jest. Jestem też zła ze nie mam pomysłu co mogło by mi się chcieć.

Jeden dzień mnie otrzeźwił, na kilka godzin. Wystarczyło że spadł śnieg, przykrył błoto i jakoś mi się świątecznie w środku zrobiło.
A z tym też nie jest lekko, bo z jednej strony świątecznie się czuję, z drugiej nie do końca rozumiem czemu mam oglądać już bomboniery z Mikołajami... Chociaż może tak naprawdę chciałabym poczuć po prostu taki zimowy czas wyczekiwania, czas przygotowań. Nie tylko do świąt.

Na koniec uśmiecham się ponuro, niczym mój Garlic Guy, ufilcowany w ramach walki z nastrojem...

czwartek, 5 listopada 2009

Nazywam się Pippilotta Viktualia Rullgardina Krusmynta Efraimsdotter Langstrump


5 listopada to dzień postaci z bajek. To kolejna wiedza nabyta dzięki blogowym wycieczkom tu http://peggykombinera.blogspot.com/
Jak jest moja ulubiona postać z bajek? To w sumie pytanie banalne dla każdego kto mnie choć chwilę dłużej zna. Każdy wie ze ja zawsze byłam i jestem fanką Pippi.

Jak szukałam konia miał być biały w kropki - dzięki Ci Boże ze się nie udało;]

Ja po prostu jestem taką wyrośniętą dziewczyną spod znaku Pippilotta Viktualia Rollgardina Pfefferminza Efraimstochter Langstrumpf. Manifestacją niezależności i swobody, że żyję po swojemu, leżę w łóżku w nowych butach, trzymam w domu świnię.
Bo Pippi jest bajką o własnej tożsamości właśnie, tak naprawdę. I o tym że nie warto żyć w ciasnych gorsetach konwenansów by zadowolić innych.
To historia o tym że nie można być poważnym na siłę, ze warto dać się ponieść emocjom, postepować ze znajomą w drewniakach, zjeść tyle żelek by było niedobrze i mieć łóżko w łazience.


Żeby nie było że dziś bez dodatku kulinarnego, imieniny Karola były więc czas na ciasto:

Marchewkowo - korzenne ciasto
Ciasto:
- 3 jajka
- 1 szkl. cukru białego
- 1 szkl. cukru brązowego
- 1 szkl. oleju
- 2 szkl. mąki
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki sody
- 1/4 łyżeczki soli
- 2 łyżeczki cynamonu
- 2 łyżki przyprawy piernikowej
- 3-4 szkl. startej marchwi
- 1/2 szkl. rodzynek


Jajka ubić z cukrami na puszystą masę , wlać olej i sypkie składniki i miksowac dalej. Dodać starte marchewki , rodzynki i wymieszać już łopatka. Wylać do natłuszczonej i posypanej mąką blachy - mi wyszła taka duza blacha jak A3?
Piec 35 - 40 minut w temp. 180 st.C.

Krem:
- 25 dag serka takiego jak na sernik, drobnomielonego
- 5 łyżek masła
- 1 łyżka śmietany
- łyżka cukru wanilinowego
- 1 szkl. cukru pudru

Wszystkie składniki utrzeć razem na gładką masę mikserem , wyłożyć na wierzch ostudzonego ciasta , wyrównać i zrobić widelcem wzorki.

Wylizać miskę po kremie i poczekać aż ciasto trochę kremem "przejdzie"


Dziś mam plan zrobienia jabłek w karmelu ;] ale o tym "inną razą"

wtorek, 3 listopada 2009

zółta żaba żarła żur

Kiedyś gdybym chciała zjeść żur poszłabym tam gdzie go podają.
Trochę później gdybym chciała zjeść żur kupiłabym zakwas na żur w sklepie.
Tydzień temu gdy zachciało nam się żurku nastawiliśmy sami na niego zakwas. Oj zmienia się życie zmienia;]
Nazwałam nasz nowy wytwór kuchenny żurkiem podlaskim.

Żurek podlaski

Zakwas na żurek
6 łyżek mąki żytniej
litr wody - takiej w temperaturze pokojowej
4 ząbki czosnku
łyżka majeranku
łyżka otrębów pszennych
Wszystko wlewamy do glinianego garnka i kwasimy 5 dni, codziennie mieszamy, ja "kręciłam" garnkiem, trochę stało przykryte, trochę nie;)
Po dodaniu do zupy resztę która została przecedzamy i wlewamy do słoika, możemy jeszcze jakiś miesiąc - choć sieć mówi o 3 nawet użyć zakwasu

Zupa sama w sobie prosta, wywar na kości
na patelni zeszklij na oliwie posiekana cebulę i 2 ząbki czosnku
dodaj pokrojone w kostkę ziemniaki i warzywa - marchewkę, pietruszkę, seler (łącznie z zeszkloną cebulą i czosnkiem)
kiedy ziemniaki będą miękkie dodaj zakwas - ze dwie szklanki, trochę tego gęstszego też
dodaj posiekany trzeci ząbek czosnku i chwilę pogotuj
dodaj sól, pieprz i majeranek do smaku
w międzyczasie trzeba wrzucić biała kiełbasę, my wrzuciliśmy niewiele poźniej niż ziemniaki bo mieliśmy zamarzniętą, potem wyławiamy i kroimy w plastry grube
do talerzy z ćwiartkami jajka ugotowanego na twardo wlewamy zupę i rozkoszujemy się tym jak rozgrzewa od środka!


W sumie zupę bardziej gotował Karol, spuściłam na chwilę zakwas z oczu a on już mieszał i warzył. U nas ostatnio bitwa o kuchnię jest. A mamy na tyle niewielką ze przeżyje jedynie jednego kucharza.

Ostatnio pochłonęłam kolejną książkę.

"Polowaneczko". Ciekawa, to taka książka wobec której człowiek nie może pozostać obojętny. Taka książka która wymaga opowiedzenia się po którejś stronie barykady. Trochę tam naciąganej logiki, grania na emocjach ale myślę że też sporo prawdy.
Taka książka o złych myśliwych. W jadowitym wydaniu.
Warto sięgnąć chociażby po to by się nie zgodzić.
Jeśli was zaciekawiłam, warto jeszcze przeczytać recenzję, taką wypośrodkowaną albo sięgnąć po książkę.

piątek, 30 października 2009

haloliny falstart




Haloliny jak nazwał Halloween pewien mały chłopczyk w sumie jutro, ale nas naszło na zupę dyniową więc zrobiliśmy sobie dynię wcześniej. Co roku staramy się robić inny wzór.

Większość osób postrzega haloliny jako amerykanizację życia a tak naprawdę
Halloween wywodzi się z celtyckiego obrządku Samhain. Ponad 2 tys. lat temu w ten dzień żegnano lato, witano zimę oraz obchodzono święto zmarłych. W ten dzień w Irlandii palono ogniska oraz odprawiano modły za dusze zmarłych.

Irlandzcy imigranci sprowadzili tradycję do Ameryki Północnej w XIX wieku.

W drugiej połowie XX wieku święto trafiło do zachodniej Europy. W czasach pogańskich ludzie w Irlandii przebierali się w kolorowe kostiumy i odprowadzali duchy do granic miasta.

Nazwa Halloween jest najprawdopodobniej skróconym All Hallows Eve – wigilia Wszystkich Świętych
. Źródło Wikipedia


Dla mnie to jest okazja do zjedzenia dyni, do wycięcia jej ładnie i do pooglądania horrorów - kupujemy lub wypożyczamy na tę okazję totalnie odjechane horrory. Tym razem jakieś azjatyckie;]


Zupa z dyni dla wielbicieli czosnku



pokrojone w kostki ziemniaki
pokrojona w kostki dynia
bulion
pod koniec gotowania czosnek - ze 3-4 ząbki

na koniec miksujemy zupę
wlewamy do misek, wrzucamy wcześniej przygotowane grzaneczki, wyciskamy po pół ząbka czosnku do każdej miski i tarkujemy troszkę żółtego sera!

A co poza tym?
Wczoraj znów odwiedziłam "gabeć", sklep w którym kupiłam swój fotel. Uwielbiam takie miejsca a odwiedzanie ich to swego rodzaju nałóg. Człowiek nic nie potrzebuje ale jedzie i z pustą ręką nie wychodzi.
Wczoraj się rozdzieliliśmy i w pewnym momencie patrzę a mój mąż stoi z pięknym koniem na biegunach z Papier-mâché pod pachą. Pięknym a zarazem kiczowatym, wielkości konika bujanego dla dzieci. Jest bardzo misternie wykonany i taki niesamowity bo w końcu z papieru!





środa, 28 października 2009

monkey, bad monkey

Wczoraj zdarzyła się przykrość, wielka przykrość. Po wyciągnięciu chleba z pieca okazało się że garnek jest w dwóch częściach. A konkretnie w trzech... Czekam na pocieszenie, bo po prostu jestem okropnie rozżalona z tego powodu!



Teraz pozostaje pytanie, czy tak się stało tylko dlatego że garnek miał "pajączka" czy może tak naprawdę to taka niepewna materia?
Teraz poszukuję garna żeliwnego, a jutro chleb upiekę w pokrywce która pozostała...

Ostatnio rękodzielniczo się obijam, to znaczy chciałam zrobić sobie elfią czapkę... Ale wyszła czapka do kostiumu elfa, dosłownie, no cóż, czesanka to materia którą ciężko okiełznać. Choć przyznam że zabawa była niezła.



Na pocieszenie powstało "coś", nie do końca perfekcyjne ale mnie cieszy i chyba w tym rzecz. Małpka została broszką.




P.S. Ktoś chętny na koronę? do kupienia na pchlim

poniedziałek, 26 października 2009

Do stu tysięcy beczek naszych łez daj mi rękę



Na razie muzycznie, resztę grzecznie dziś dopisze;]

Dopisuję zgodnie z obietnica.
Pogoda nie sprzyja wyjazdom na wieś, dawno oj dawno nie byłam tam cały dzień. Z robót pilnych nic do zrobienia, trzeba by popiłowane klocki pozwozić do drewutni, popalić gałęzie, liście pozbierać ale do tego też trzeba pogody. Wiatr i zimno zniechęcają bo wróżą przeziębienie, a ja niestety przeziębiam się łatwo, za łatwo.
Ale byłam ostatnio, na chwile, przymrozki juz mnie przeraziły że nie uda się mi zrealizować planu.
A plan był posadzenia czosnku.
Czosnek uwielbiamy, moglibyśmy gdyby nie jego główny minus jeść go codziennie. Wujek google pomógł mi z odmianą, człowiek jednak uczy się całe życie. A wiedza ze większość czosnku pochodzi z Chin jakiś czas temu była mi obca. Tak więc zaopatrzona w dwie siatkowe torebeczki postanowiłam go posadzić. Nie tego z Chin rzecz jasna a Huzara, według zapewnień sprzedawczyni.
Któregoś dnia zrealizowałam swoje marzenie i zakupiłam sadzarkę do cebul i pikownik do pikowania. Nigdy nie były mi potrzebne, więc skrzętnie obmyśliłam plan po co mi to cudo i zakupiłam.
Zachwaszczona grządka jak licho, przekopałam ją sama. Bez samokopiącej łopaty jaką sobie wymyśliłam;] A tak swoją drogą to jest taki wynalazek jak się dużo później dowiedziałam z tv.









Teraz pozostaje mieć nadzieję, że czosnek urośnie, że będziemy się nim objadać w przyszłym roku.
Kiedyś gdyby ktoś mi powiedział że z własnej nieprzymuszonej woli będę grzebać w ziemi i coś sadzić po prostu bym się uśmiała. Jak to życie zmienia człowieka co?


Co do jabłuszek rajskich - poszłam tropem Klary i przetworzyłam je. Mimo że w domu twierdzono, że jabłuszka to są a i owszem ale raczej ozdobne niż rajskie. ALE KLARA POWIEDZIAŁA ZE PRZECIEŻ NIE MA TRUJĄCYCH JABŁEK! Nie mogłam się potem przez kilka dni opędzić od bajki:
"Weszła do tajnej, ukrytej komory, gdzie nikt nie wchodził, i tam uczyniła trujące jabłko. Wyglądało ślicznie: żółte z czerwonymi kolorami; ktokolwiek by je widział chciałby je zjeść' ale kto by ugryzł kawałek, musiał umrzeć."
"Królewna Śnieżka" wg Braci Grimm
I się śmiałam w duchu, że Klara zapomniała o bajce.



Zatem czas na zmodyfikowany przepis

wzięłam 1,5 kilo jabłuszek
umyłam
ponakłuwałam każde igłą, przypomniała mi się wtedy kolejna bajka o wrzecionie, bo pokłułam też palce a teraz wiem że ten etap można pominąć, można lepiej spożytkować godzinę skoro i tak popękają;]
wrzuciłam na 10 minut do gorącej wody, wyłowiłam łyżką cedzakową

ugotowałam syrop z 3 szklanek wody i 1,5 kilograma cukru
i zalałam wrzącym jabłuszka, podjadając je co jakiś czas z garnka;]

zostawiłam na noc

a następnego dnia kilkanaście razy zagotowywałam jabłuszka, wyłączając i za jakiś czas powtarzając procedurę

Finalnie syropu było bardzo mało, załadowałam do słoików gorące, poodwracałam do góry dnem a nad ranem trafiły do spiżarni.


I tak to bajkowo z tym właśnie było!

niedziela, 18 października 2009

to chyba choroba, dwa przepisy jako objaw

To całe gotowanie, pieczenie, pichcenie to choroba jest. Na pewno. Czwartek, nie wiadomo czemu budzę się parę minut po 5, przed Świnką Peppą, a zwykle to ona ściąga nas kwikiem rano. Karol też się budzi. Za oknem ciemno, tylko widać że śnieży. Pijemy kawę, sprawdzamy pocztę, gwarzymy. Wiadomo że dziś będę piekła chleb, ale to plan na dzień, nie na wczesny poranek. Za chwilę jednak następuje zmiana planów bo nagle prądu brak. A jak prądu brak to brak rozrywek porannych, tych co są "do kawy". Zapalam świeczkę, idę do kuchni i w półmroku smarujemy garnek rzymski oliwą, wysypujemy otrębami i ładuję masę chlebową do niego.
Dlatego myślę ze to choroba, bo normalny człowiek położył by się do łóżka z powrotem..
A jak chleb wyszedł? Wyszedł w sumie w porze obiadowej, nie spodziewałam się fajerwerków bo cały czas nie miałam przekonania ze garnek ma być nakryty wiekiem - tak piekłam. 10 min przed końcem zdjęłam by się zarumienił. Ale czy tak ma być tego nie wiem.

Wyciągnęłam wiec z pieca, oboje przebieraliśmy nogami bo wyglądał lepiej niż przypuszczałam. Gorący, parzący w ręce, zjedzony przez nas do połowy, z masłem, kiełbasą z dziczyzny i pomidorem. Na kuchennej desce, bo był tak dobry ze nie doszliśmy z nim nawet do stołu...
Wrzucam przepis od Liski
Najłatwiejszy chleb żytni na zakwasie
z prażonym słonecznikiem


Dzień przed pieczeniem:

1 łyżka zakwasu żytniego (dokarmionego 10-12 godzin wcześniej)
150 ml wody
150 g mąki żytniej chlebowej typ 720

Po 12-18 godzinach dodajemy:

380 g mąki żytniej chlebowej typ 720
1,5 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki drożdży instant (opcjonalnie)
200 ml wody w temp pokojowej
50 g prażonego słonecznika*

Wszystkie składniki oprócz pestek łączymy za pomocą miksera lub łyżki. Nie należy miksować zbyt długo. Na końcu dodajemy uprażony i ostudzony słonecznik.
Przełożyć ciasto do keksówki o długości 26-30 cm wysmarowanej oliwą i wysypanej otrębami żytnimi. Przykryć folią spożywczą i odstawic do wyrastania. W zależności od temperatury, zajmie to 2-6 godzin.
Chleb mniej więcej podwoi swoją objętość. Nie należy wstawiać do piekarnika niewyrośniętego chleba.
Wstawić do zimnego piekarnika, nastawić temp. 230 st C. Po 30 minutach zmniejszyć do 210 st i piec jeszcze ok 30 minut.
Warto po ok. 30 minutach od wstawienia chleba sprawdzić, jak się piecze, ponieważ czas pieczenia zależy tu przede wszystkim od tego, jak szybko nagrzewa się piekarnik. Jeśli chleb za bardzo rumieni się z wierzchu, należy przykryć go folią aluminiową i dopiekać pod nią.

Dzis z kolei znalazłam inny fajny przepis i natychmiast go wypróbowałam!

snickerdoodles czyli ciasteczka cynamonowe, idealne do kawy




250 g mąki
pół startej gałki - można dodać mnie ale ważne by była
rzy czwarte łyżeczki proszku do pieczenia
125g miękkiego masła
75g cukru
1 jajko, duże
duza łyżka cukru wanilinowego
cukier brązowy orz łyżka cynamonu

Składniki wymieszać, ja mieszałam mikserem.
Ciasto nie powinno sie lepić jest takie grudkowate, robimy z niego kulki wielkości orzecha i obtaczamy cukrze wymieszanym z cynamonem, układamy na blaszce wyłożonej papierem i delikatnie spłaszczamy łyżką
Piekę w 175 stopniach, ok 15 minut/ kuchenka elektryczna, termoobieg

O jabłkach rajskich opowiem wam innym razem, bo też je "przetworzyłam".
Ale tak naprawdę co teraz robić? Zimno - więc trzeba się od wewnątrz ogrzewać i dobrze jeść, mroźno, nie bardzo mam co czytać więc pożytecznie spędzam czas.
Wszyscy winni się tłumaczą;]

środa, 14 października 2009

odleciały kaczki więc trzeba wyciągnąc wnioski

Odleciały kaczki, wczoraj. Wysiadłam z samochodu pod domem wczoraj i usłyszałam. Jakoś tęskno mi się w środku zrobiło. Bo pomyślałam ze to znaczy ze już koniec tego dobrego, tego ciepłego czasu.
I jakoś mi tak było melancholijnie.
Przeszło szybko, bo po raz enty walczyliśmy z krosnem wczoraj. Wydawało nam się ze znamy diagnozę, zastosowaliśmy stosowną terapię. Zasiadłam a potem to już było tylko gorzej.
Krosno zostało przeze mnie zbluzgane, Karol chciał stawiać kolejne diagnozy, upierał się jak osioł ze on wie jak naprawić a ja się śmiertelnie obraziłam. Na krosno oczywiście.
Myślę ze skończy się jednak na przyjeździe Tereski bo ciągle coś "wyłazi", a tak naprawdę wystarczyłoby je raz ustawić i by poszła robota. Zwłaszcza ze myślę ze to sprawa pół godziny, ale to trzeba WIEDZIEĆ JAK.

Poszłam więc OKRUTNIE ZŁA NA CAŁY ŚWIAT spać, obudziłam dusząc się o 4 i nie mogłam zasnąć bo była śnieżyca. A w tej materii nie różnię się od małych dzieci bo zaraz mi sanki się marzą.

Dzień dziś nijaki, pogoda koszmarna, gdyby nie wiatr nie powiedziałabym złego słowa. Ale wiatr wyrwał mi dziś wiadro końskie z rąk, więc się nabzdyczyłam i obraziłam na pogodę.
Zakotwiczyłam w domu, zaraz się okazało ze jestem jakaś zasmarkana, więc się nudzę.
Upiec nic nie mogę bo teraz marzy mi się chleb na zakwasie a zakwas dopiero dziś został nakarmiony, ksiazkę przeczytałam, w telewizji znów kapusta.
Pozostała herbata i koc.
I nadzieja na lepszy humor jutro. I pogodę.

niedziela, 11 października 2009

o obsesyjnym pieczeniu, filmach i blogowaniu słów kilka


Wpadłam po uszy w pieczenie. Poniekąd uważam ze parę osób i czynników jest temu winnych:
- liska z White Plate bo jeszcze się nie nacięłam na coś co nie wyszło, zrobiłam 4 przepisy, wszystko wyszło więc nie mogłam się zrazić
- jest jesień, zimno, brzydko, w telewizji kapusta, zieje nudą więc piecze się rozrywkowo i rozgrzewająco
- mąż mlaska radośnie wcinając wypieki, mówi że pyszne, do tego nie może patrzeć na "sklepowy" chleb więc jak można nie piec
- książka "Julie&Julie" i film, który obejrzeliśmy o tym samym tytule, bo dzięki temu dostaliśmy rozgrzeszenie z kuchennego zajoba
Więc to nie tylko moja wina, ze sama z własnej woli budzę się o 5.45, biegnę do kuchni,sypię, mieszam, ładuję pod pierzynę by wyrosło... To nie jest choroba, prawda?

Teraz przyznaję się bez bicia co upiekłam od wtorku do soboty:
-dwa chleby wiejskie
-placek ze śliwkami
-bułeczki piknikowe
-szarlotkę
-cebularze
Więcej grzechów nie pamiętam;]

Do tego miałam niesamowitego farta. W sobotę na imieniny zapałałam chęcią pojechania do sklepu - tego od fotela twierdząc ze może trafię na rzymski garnek. Obstawianie trafienia czegoś takiego w sklepie o charakterze pchlego targu jest może trochę bardziej prawdopodobne niż piątka w totka. Ale tylko trochę bardziej. Bo garnek był hihi, udawał doniczki. I kosztował 8 zł! Więc nie pozostało nic innego jak zgrzeszyć w przyszłym tygodniu i zrobić chleb z glinianego garnka.
Parę słow o garnkach tu

Co do blogowania, to po wizycie w kinie naszła mnie refleksja ze fajnie z tym internetem jest;] Fajnie bo można się podzielić swoją pasją, można poczytać o gotowaniu, podróżowaniu, pieczeniu czy na blogach szafiarskich po prostu o ciuchach.
Nie trzeba znać się osobiście by uwielbiać "gdzieś" wpadać, śledzić czyjeś przygody czy poczynania. Można napisać kilka miłych słów obcej osobie i to tez jest strasznie fajne. Bo przecież o dobre emocje tu chodzi.
Dzięki blogom można też poznać dobrych znajomych z innej strony i to też jest fajne, że nagle odkrywa się że znajomy ma po prostu dobre pióro;]

Z tego wszystkiego zapomniałabym napisać sprowokowana komentarzem Danki o "Domu nad Rozlewiskiem". Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości ze te trzy tomy były super więc w niedzielę zasiadłam przed telewizorem czekając na film. W sumie może zasiadłam ze złym nastawieniem, bo po Brodzik fanfar się nie spodziewałam.
I tak siedziałam oniemiała z wrażenia, zbierając szczękę z podłogi i wycierając ślinę. Bo nie sądziłam ze tak można spieprzyć świetną książkę...
Dziś daję temu serialowi drugą szansę, bo po prostu nie wierzę. Kalicińska pewnie tez nie jest zachwycona....

czwartek, 8 października 2009

konkurs Werandy i wystawa powarsztatowa

Z boku stronki umieściłam banner konkursowy, zapraszam do wchodzenia na stronę Werandy i oddawania głosu na zdjęcie mojego męża!
Konkurs Werandy


A na sobotę wszystkich Białostoczan zapraszam na wystawę powarsztatową

wtorek, 6 października 2009

rzecz o fotelu wymarzonym i książkach

Lubię czytać, od dziecka. Nauczyłam się czytać bardzo wcześnie i niestety czytam nałogowo. Też od zawsze. Pewnie dlatego nie mam idealnego wzroku, ale mszczą się lata czytania w łóżku po prostu.
Czytanie jest fajne ale ma jeden wielki mankament. Ja nie czytam, ja pochłaniam książki, przez co jestem strasznie nieekonomicznym kupującym. Wydaję 35 zł i za dwa dni - zakładając ze sobie dozuję czytanie pieniądze są już wyczytane. Większość książek ma też to do siebie ze się do nich nie wraca. Mało jest takich które ja przynajmniej pragnę zatrzymać na dłużej. Przez jakiś czas nawet było nieźle. Korzystałam z podaj.net, wymieniałam się książkami przez co stale miałam co czytać. Ale coś się pozmieniało i okazało się ze można czekać na książkę niczym na Godota.
Z przyczyn wspomnianych wyżej po prostu nie przywiązuję się do książek.
Ostatnio natchniona lekturą chlebowego bloga kupiłam

Zrażona tym jak skopano babski "Dom nad rozlewiskiem" postanowiłam przeczytać ksiazkę nim wybiorę się na film. I wpadłam jak śliwka w kompot, książka jest wciągająca niesamowicie!
Pozostając jeszcze w temacie książek czy jest może ktoś chętny do wymiany książki Johna Grogana NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ DO DOMU na coś Haruki Murakami? Bo strasznie jestem ciekawa tego autora, czy faktycznie jest czym się tak zachwycać czy totalnie nie mój klimat.

A co wspólnego ma z tym wszystkim fotel?
Marzył mi się od dawna, choć nie jestem zagorzałą fanka tzw. "wypoczynków". Fotel miał być z charakterem, uszak, Fajnie by było by materiał sięgał do ziemi i nie było widać nóg. Do tego miał być wygodny, jasny i najlepiej z podnóżkopufą;]
Ponieważ lubię wszystkie sklepy z używanymi rzeczami, gdzie dostają nowe życie pomysł wybrania się do nowego sklepu z meblami, porcelaną, serwetami męczył mnie pół nocy. Na tyle że o 5.45 gotowa byłam wstać, zrobić obrządek - tak swoją drogą uwielbiam to sformułowanie;] Może nie napaliłabym się tak bardzo na tę wycieczkę gdyby nie to że w sklepie była dzień wcześniej mama i powiedziała ze widziała tam Fotel-o-jakim-marzę. A mama z reguły dobrze prawi. I pojechałam.
I zaraz po otwarciu sklepu miałam już fotel na pace, wraz z pufą. Taki jak chciałam, no mógłby być w sumie w kwiatki ale za taką cenę to już wydumki.
fotel

Może w końcu dzięki Fotelowi-o-jakim-marzyłam przestanę czytać w łóżku?
Bo tak jak patrzę na ten fotel to sobie myślę ze on, książka, pled i herbata i w sumie już można przeżyć zimę w szczęściu;]

piątek, 2 października 2009

o bułkach i wiankach

Lubię piec, nie upieram się ze jestem świetną "piekareczką" ale lubię. Tylko drożdżówki moje to jakieś koszmarki były, zwykle po rzuceniu o ścianę wracały w niezmienionej postaci. Więc przestałam je piec. Potem była faza tęsknoty za zapachem chleba domowego, takiej tęsknoty nie wynikającej ze wspomnień, takiej jakiejś wewnętrznej. Ale pomna doświadczeń drożdżowych zdecydowałam się na maszynę do chleba. Piekło się fajnie, ale gdzieś umykała ta faza oczekiwania, ta niespodzianka.
Ostatnio dużo bodźców się pojawiło by spróbować poradzić sobie bez niej.
Jedna z takich sytuacji która skłoniła mnie do refleksji była rozmowa z koleżanką o przedmiotach w kuchni, że ona nie rozumie po co ludziom tostery, frytkownice, opiekacze, maszyny. Jak chce chleb to go piecze w piecu, grzanki robi na blasze a frytki w garnku. I sporo w tym prawdy, że się zagracamy, ładujemy kasę a przecież to wcale nie znaczy ze będziemy mieć lepiej, smaczniej, czyściej.
Potem trafiłam tu http://pracowniawypiekow.blogspot.com/ i poczytałam też o chlebach Klary i się wkręciłam.
A czy dobrze to nie wiem, autorka Pracowni Wypieków ma też bloga i naszło mnie na kolejne zakupy, garnka rzymskiego i kamienia do pizzy...

W efekcie tych przemyśleń postanowiłam dziś stworzyć bułki, właśnie dzięki przepisowi z Pracowni Wypieków

Puszyste ziemniaczane bułeczki - z założenia są z sezamem, moje są z siemieniem lnianym

Ziemniak o wadze 300 g plus 400 ml wody
1 łyżeczka suszonych drożdży instant
1 łyżka cukru
1 jajko
600 g mąki
3 łyżki miękkiego masła
2 łyżeczki soli
1 łyżka sezamu do posypania


Ziemniaka obrać, pokroić w kostkę, zalać wodą i doprowadzić do wrzenia. Następnie zmniejszyć ogień i gotować ok. 20 minut - do czasu aż ziemniaki będą miękkie. Odcedzić je na sitku, zachowując wodę - powinno nam zostać ok. 200 ml wody.
Wodę ostudzić, lekko ciepłą wymieszać z drożdżami i odstawić na 15 minut, by drożdże "ruszyły". Ziemniaki ugnieść tłuczkiem lub przecisnąć przez praskę.
Do drożdży dodać pozostałe składniki wyrabiając gładkie ciasto (ja używam do tego celu miksera). Mąkę należy dodawać stopniowo - jeśli ciasto jest bardzo luźne można dodać jej minimalnie więcej.
Przykryć ściereczką i zostawić do wyrastania na 2 godziny.
Z wyrośniętego ciasta formować bułeczki (z podanej ilości wyjdzie ok. 24 sztuk).
Bułeczki układać na blasze zostawiając między nimi 5 cm odstępy (bardzo rosną podczas pieczenia!).
Spryskać z wierzchu oliwą/olejem, posypać sezamem i odstawić do wyrastania na 30 minut.
W tym czasie rozgrzać piekarnik do 200 st C.
Wstawić bułeczki i piec ok. 15-20 minut, do czasu zrumienienia.
Ostudzić na kuchennej kratce.






No i wpadłam znów w kuchnię po uszy bo bułeczki były obłędne!

Po dniu w kuchni zmotywowana cudnymi wiankami na blogach poszłam na spacer z sekatorem. A efekt tego jest taki:




Na zdjęciach może wygląda średnio ale ja jestem zachwycona, a czyż nie o to chodzi?
No i cały czas pamiętam o ludkach z kasztanów i czekam na zdjęcia!

czwartek, 1 października 2009

O wrzosach, kasztanach i przesądach



Wrzosy są piękne prawda? Zawsze strasznie marzę by je mieć, by kupić, postawić w domu. I zawsze wewnętrzny głos przypomina mi ze wrzosy niosą smutek, tak samo jak korale, perły. Przesądna jestem. Korale miałam, dostałam bo właścicielka nie chciała ich nosić. Tak mi przez rok ciążyły, a był to bardzo zły rok, że oddałam je z powrotem.
Może głupie aleja po prostu w to wierzyłam. I co roku, jesienią tęsknie patrzę na wrzosy, poniekąd z zazdrością.
Kolejna sprawa to kasztany. Na wsi mamy wielkiego kasztanowca a tym samym duuużo kasztanów. Ostatnio z koleżanką od "igliwia na zimę" naładowałyśmy pełne kieszenie. Ze zbieraniem kasztanów to trochę tak jest ze człowiek je zbiera, bo takie piękne są, błyszczące, gładkie. Finał finałów jak się zaczęło wysypywać mi z kieszeni zaczęłam je sypać do torby. A w domu okazało się ze mam ich pół torby.
Strasznie marzyły mi się kasztanowe ludki, takie jak się kiedyś robiło, z nogami z zapałek, czapeczką dębową. Wałęsając się po blogach zobaczyłam że to nie tylko moja taka tęsknota. A kto powiedział ze nie wypada? Człowiek codziennie robi setki zbędnych rzeczy to myślę ze bez większego poczucia winy może zmajstrować i ludka.
I to jest moja propozycja, luźna taka. Pójść na spacer, nazbierać kasztanów i pokazać swoje wyroby np. linkując zdjęcie w komentarzu.

poniedziałek, 28 września 2009

ciemne chmury

Czasem tak w życiu bywa ze w sielance pojawiaja się ciemne chmury. Ale to dobrze, po ciemnych chmurach i deszczu bardziej docenia się urok słońca.
Dostałam dziś na obłaskawienie złej pogody książki





W końcu udało mi się tez dostać gazetę "Nowa Gospodyni, magazyn kobiet kochających wieś" i nowy numer "Weranda Country". Tak więc nie pozostaje nic innego jak zaparzyć dobrą herbatę i udać się z lekturą pod koc.

Przemyśleń weekendowych też moc, wizyta koleżanki z internetu, a konkretniej z Krakowa. A nawet dwóch koleżanek. Takie wizyty przywracają wiarę w ludzi, w przyjaźń i ludzką bezinteresowność. Swoją drogą niesamowite kobiety!

Kolejne przemyślenie takie dzisiejsze, ze warto mieć fajną mamę. Mamę która po prostu na zły humor serwuje omlet z malinami, obdarowuje Powidłami Mamuni, zabiera na szwędrajki i po prostu jest. I od razu jest lepiej.
Tak po prostu.

Dopisane/ wtorek
Zupełnie zapomniałam o wyróżnieniu które dostałam od Bestyjeczki
Dziękuję pięknie i przekazuję dalej
http://jajakja-jadzik.blogspot.com/
http://mygreencanoe.blogspot.com/
http://fairyttale.blogspot.com/
Wszystkim dziewczynom za to samo, za ciepłe spojrzenie na życie i za umiejętnośc dostrzegania tego co nie zawsze widzą inni.

środa, 23 września 2009

o poranku


Kliknijcie i posłuchajcie, właśnie dlatego postanowiłam napisać o 6,57 parę słów. Muzyczne moje odkrycie, nie słyszałam ale dla mnie bomba.

Ostatnio dni mało kreatywne, sprzątanie całodzienne stajni przez dwa dni z rzędu nie jest kreatywne. Choć by nie wiadomo jak się spinać.

Wczoraj wycieczka, na wiejskie zebranie;] Pierwsze, podobało mi się bardzo.
Po drodze las już taki jesienny, lubię jak liście się przebarwiają, jak sumaki robią się dziko-czerwone.
Potem była "chwila dla siebie", na najwyższym punkcie działki. Stałam i rozkoszowałam się. Słonce pięknie świeciło, pachniało drugim pokosem, który właśnie zbierano z naszej łąki.
I poczułam się po raz kolejny tak, że dobrze wybraliśmy. Że to będzie nasze miejsce na ziemi, choćby nie wiem jak ciężko było po drodze. To warto!
I z tak pozytywnym przesłaniem życzę miłego dnia.
Ja dziś z rozrywek mam zaplanowaną wizytę na złomie, musimy wywieźć w końcu żelastwo wiejskie a przy okazji może coś wypatrzę? Choć Karol twierdzi ze nie mam mocy przerobowych by przerobić to co naściągałam do domu;]

niedziela, 20 września 2009

Zakatalogowany - Ikea 2010 i magia samowara


Człowiek Zakatalogowany - Ikea 2010


I Zakatalogowany Zwierz - Ikea 2010

Idąc za przykładem blogowych koleżanek dołączam i ja;]

Za co lubię sklepy Ikea?
Za pomysły, za tkaniny, za koce miękkie, za dodatki. Bo przesyt zawsze jest niedobry.
Lubię za pościele, i za foremki do kostek lodu. A nie lubię chyba najbardziej za to ze do najbliższej mamy 200 km...

Wczoraj odpaliłam samowar, cudny klimat, esencja w dzbanuszku niezbyt pasującym ale muszę znaleźć idealny. Do herbaty miód malinowy bo konfitura chyba cała z wiśni zjedzona.
Klimatycznie po prostu było!


sobota, 19 września 2009

odkrywanie na nowo bajek




Dziś byłam prawie jak Mama Muminka, cudnie, sobota, dom pachnący obiadem. Ogórkowa, potrawka z kurczaka z ryżem, kompot. Miało być ciasto ale od trzech dni mi zimno i niestety podejrzewam ze zaczyna się Wielki Czas Przeziębień.

Ostatnio dzięki podaj.net w końcu doczekałam się książki o Muminkach. Długo polowałam no i się udało. "Zima Muminków", cienka książeczka. Karol się ze mnie trzy dni nabijał ze czytam jak się przygotować z Peppą do zimy. Cóż, on ma alergię na Muminki hihi.
No i odkryłam Muminki na nowo, bo to w sumie jest książka dla każdego. I młodego i starego, sporo warstw jest i miło mając więcej lat je odkrywać.
Pamiętam jak byłam mała miałam "Pamiętniki Tatusia Muminka", i wtedy była to dla mnie książka dziwaczna taka. Jakaś taka nostalgiczna się wydawała, ale zapadła w pamięć. Szkoda ze nie mogę teraz jej znaleźć. Nawiasem mówiąc, jak ktoś ma alergię na Muminki i książki z lat młodości chętnie przygarnę;]
Na razie do zimy daleko, ale jesień czuć dobrze. Kabel do samowara już jest. Jak dobrze pójdzie dziś będzie czaj. I konfitura!

I na koniec, gwoli przemyśleń ze warto czytać Muminki
- Gdzie byłaś?! - wybuchnął Tatuś.
- Ja? - spytała Mama niewinnie. - Byłam na małej przechadzce, żeby się trochę przewietrzyć.
- Nie powinnaś nas tak straszyć - rzekł Tatuś. - Pamiętaj, że jesteśmy przyzwyczajeni widzieć cię w domu, kiedy wracamy wieczorem.
- I to jest właśnie okropne - westchnęła Mama Muminka. - Każdy potrzebuje czasem jakiejś zmiany. Stajemy się zanadto do siebie przyzwyczajeni i wszystko jest wciąż takie samo, prawda, kochanie?

„Tatuś Muminka i morze”

sobota, 12 września 2009

warsztaty barwierskie

Wróciłam bardzo zadowolona, głowa pełna nowej wiedzy. Warsztaty dotyczyły barwienia naturalnymi barwnikami między innymi tkanin lnianych. Warsztaty są częścią większego projektu w ramach którego będę na wiosnę siać na niewielkim poletku len i konopie
klik, samodzielnie je zbierać i przerabiać. Interesujące co?
Całe warsztaty to taka magia trochę, pracownia alchemika, czary mary. Wkładasz szmatkę żółtą wyciągasz różową albo khaki.
Do tego okazuje się ze piękne kolory można uzyskać używając roślin barwierskich rosnących wokół nas - czarnego bzu zwanego hyćką, dalii, aksamitek zwanych turkami.
DSC_0232
Rumian barwierski
DSC_0247
A kolory które uzyskaliśmy rewelacyjne wprost, róże, pomarańcze, żółcie.
Kurkuma
DSC_0229
Koszenila - barwnik otrzymywany z mszycy żerującej na opuncji.
DSC_0313

Kolory uzyskane w różnych zaprawach na czarnym bzie
Clipboard01
Zmiana koloru pod wpływem zaprawy - kurkuma w sodzie chyba;]
DSC_0268
Okolica na takie dziwne warsztaty tez rewelacyjna, między kolejnymi procesami można było posiedzieć w pięknym otoczeniu wcinając ciasto i popijając kawę.
Fajnie też ze warsztaty w gospodarstwie które również bierze udział w projekcie, tak więc mogłam zobaczyć jak się rosi len - bo już został zebrany i jakie porosły konopne chaszcze.
DSC_0308

DSC_0298

DSC_0300

I na koniec indygo, ktore jest barwnikiem kadziowym - tkanina zmienia barwę dopiero po wyjęciu z kadzi, płukaniu i kontakcie z powietrzem.
Na zdjęciu eksperyment z Gosi koszulką.
DSC_0332

DSC_0339

No i candy
http://prickiform.blogspot.com/

1/10

wtorek, 8 września 2009

pakuję się

Pakuję się, tak pakuję droga mamo, ba powiem Ci więcej listę mam co mam wziąć. I nie rechocz po drugiej stronie złączy ze co to za pakowanie się na trzy dni;]
W tle prosiak zakłóca miłe dźwięki płynące z płytki. Mąż tez zakłóca, pyta się właśnie prosiaka czy mu miłości brakuje;]Dom wariatów.
Pan Pocztex przed chwilą przywiózł sofę, no i wygląda fajnie, fakt ze trzeba ją pomalować ale nie jest sinopopielata jak na zdjęciach. Tak wiec na razie jeździmy po salonie z krosnem,ławą i sofką szukając optymalnego ustawienia.

Pochwalić się tez chciałam ze wygrałam w candy śliczne wstążeczki, guziczki, dziękuję pięknie!
http://nitkowo.blogspot.com

niedziela, 6 września 2009

misz masz i korale koloru jarzębiny

blabla


tak mi się przypomniała ta piosenka dziś, postanowiłam się podzielić

Jesień juz, a jesień to czas herbaty, czas koca i wieczorów w domu. Czas nostalgiczny taki.
Ale jesień to też czas spadania liści i czas ich grabienia. To czas poszukiwań kabla do samowara;]

Clipboard06

Sofy rattanowej nadal nie ma, trochę jestem zła. Zapłacone we wtorek, więc we środę mozna juz nadać. Dzwonię w piątek a tu mi człowiek mówi ze no tak myśli ze może jutro nada. Jasny szlag z takimi sprzedającymi... tak więc żadnych postępów prac.

Poza tym ostatnio trochę dłubię, powstała rękawica filcowa - powoli szykuję prezenty gwiazdkowe.
DSC_0287
Stworzyłam tez korale czerwone, wraz z kolczykami ale jakoś strasznie włochato na zdjęciach się prezentują. W sumie tak naprawdę zrobiłam je teraz tylko dlatego ze wreszcie dotarłam o sklepu z elementami do wyrobu biżuterii, dostałam oczopląsu i nie mogłam wyjść z pustymi rękoma!
DSC_0297


No i tablicę z adresem, z której jestem bardzo zadowolona. Wyszła taka jak ją sobie wymarzyłam!
DSC_0299


http://fairyttale.blogspot.com/



http://allabeckarsma.blogspot.com/
27/9


http://hannaofsweden.se/2009/september/barnens-gruva-tavling.html?_tmp=6d6517398c9b50c9d191f4f48645c19cf7451224
4 listopad 20.00

http://www.d7.se
Dorion

30/9

wtorek, 1 września 2009

bo trzeba zaryzykowac

Nasz salon mnie dobijał ostatnio, po prostu. Przemalowanie ławy było tylko gwoździem do trumny bo nagle wszystko zaczęło się gryźć.
Tak powoli, najpierw nie mogłam patrzec na pseudo sofkę i ją wynieslismy do pokoju - graciarni, potem fioletowa szafka pod telewizor zaczęła mnie draznic - trafiła na allegro.
Idealnym rozwiązaniem wydawał się szlabanek ale:
- trzeba go znalezc
- kupic taki w dobrym stanie co nie jest łatwe jak towar mało spotykany
- kupic niedrogo
- zrobić renowację we własnym zakresie
Więc niestety odpuściłam, zwłaszcza ze nie miałam przekonania.

Poszłam innym tropem, kupiłam właśnie sofkę rattanową na allegro. Teraz pozostaje pytanie jak ona wygląda w realu bo zdjęcia z aukcji były dość podłe. I pytanie czy podłe bo stan podły czy podłe bo jakość komórkowa podła.

Ryzyk fizyk. Mam nadzieję ze w tym tygodniu jeszcze dotrze, wstępny plan jest by potraktować ją białą lakierobejcą. Pracę już skończyłam więc i czasu będzie na zrobienie tego.

A przyszły tydzien zapowiada się ciekawie pod znakiem warsztatów barwiarskich w ramach projektu „Ekologizacja gospodarstw agroturystycznych Podlasia”!!!

niedziela, 23 sierpnia 2009

candy time


http://nitkowo.blogspot.com
losowanie 1 września

czwartek, 20 sierpnia 2009

Upalny pomieszany dzień

http://w998.wrzuta.pl/audio/4eFJEQBGRdt/kobiety_-_marcello

Tak w sumie to marazm, bez spektakularnych działań twórczych. Cośtam dłubię powolutku ale do efektu finalnego daleko. Ława gotowa ale w salonie demolka bo teraz okazało się ze nie możemy patrzeć na kanapę i szafkę pod telewizor. Marzy mi się szlabanek ale na razie trzeba się pozbyć tych mebli by było miejsce przede wszystkim plus wolne środki.
Dopóki pamiętam zdjęcie świecznika, który wpadł mi w oko na którejś giełdzie, kicz do bólu, materiał z którego wykonany jest jest zwany przeze mnie gównolitem. Ale kupiłam bo urzekł mnie, tak zwyczajnie urzekł.
DSC_0009

Ostatnio wycieczka na złom - uwielbiam, bardziej chyba niż szmateksy wszelkiej maści. 2 zł za kg. Kupiłam kolejne dwa czuhunne garnki, czekają na swoją kolej do roboty. Czeka tez zegar, bo chyba jednak dojrzewam do tego by zmienić jego wygląd.
DSC_0005

Spełniłam przypadkowo swoje marzenie, posiadania zestawu narzędzi w kolorze różowym. Myślałam ze bez ebaya jest to nierealne a tu miłe zaskoczenie.
I nie jest ważne czy jest mi to potrzebne czy nie, bo cudne jest, takie dziewczyńskie. Był jeszcze zestaw ogrodniczy w różu ale mnie kręcą już ogrodnicze cuda tylko z Escherts Garden;]

DSC_0002

Zdjęc ogrodniczych brak najnowszych ale mam urodzinowe, z prezentem od męża - wymarzonym domkiem dla biedronek!

DSC_0030

lady bird

A tak ogólnie to czuć jesień, poranki chłodne, w japonkach zimno. Wieczorem ścielą się mgły i coraz więcej w brzeziniaku złotych liści. Smutno tak jakoś i nostalgicznie, choć nie wszystkim. Karol uwielbia jesień.
Lawendokosy zrobione, wianki wyplecione...
DSC_0011

W temacie lnianym na razie cisza. Ciekawa jestem czy się uda być uczestnikiem projektu.
DSC_0007

Dostałam tez wyróżnienie, od Jadzik za które bardzo dziękuję!
http://jajakja-jadzik.blogspot.com/

czwartek, 13 sierpnia 2009

a może drewniaczki?

drewniaczki

wyrób prosto z mojej manufaktury
na zamówienie wszystkie rozmiary:]

niedziela, 9 sierpnia 2009

pam param

Kolejny tydzień minął, szkoda ze trzeba było wrócić do pracy. Na szczęście pod koniec sierpnia odzyskam wolność hihi.
Piła zakupiona, daliśmy po robocie, niezbyt to mądre było bo ja przesiliłam bark - po co nosić po jednym polanie jak można naładować całe wiadro i nie nachodzić się? Ale za głupotę się płaci;]
Przyszły moje "dży-dże", wysypałam na kompostownik, nakryłam warstwa kompostu i podkarmiłam jabłkami. Teraz tylko modlić się by się nie rozpełzły;]
l3

Teraz zagadka - o czym marzy kobieta przed trzydziestką w prezencie urodzinowym?
l4
O taczce;] Tak tak, o taczce, dostałam i bardzo mnie cieszy, czekam jeszcze na zamówioną wyrzynarkę i będzie pełnia szczęścia.
Ostatnio tematem rozmów z Karolem często są elektronarzędzia i moja wizja jak fajnie by było mieć "samokopiącą" łopatę i różowy zestaw kluczy, wkrętarkę i całą resztę. Ale takie cuda to pewnie tylko w Hameryce;]
Przeciętne dziewczynki wychowują się w kuchni, ja się wychowałam raczej w garażu i w sumie myślę ze to lepsza opcja, bo gotować można zawsze się nauczyć z książek a wbijać gwoździe, piłować i wiercić lepiej umieć wcześniej bo później gadanie ze to chłopackie zajęcie i brak chętnych by nauczyć.
Tak jak ze spawaniem, kiedyś marzyła mi się wyspawana własnoręcznie rzeźba - instalacja, ale chłopy znajome się śmiały i na śmiechach chichach się skończyło bo nie było chętnego by pokazać jak.
A oto i ja, prawie jak Adam Słodowy!
l2

l1

A jakie plany dalej?
To się zobaczy!
l5

candy candy



http://stardustgemsandribbon.wordpress.com/

Wszystkie candy zakończone!

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

snuję, wycieczkuję i gotuję

Osnułam. W końcu, w piątek. Ale po kolei.
Wstałam w piątek rano i miałam cały dzień głupie wrażenie ze jest sobota. Wszystko takie "sobotnie" się wydawało, choć u mnie z dniami tygodnia zwykle bywa przedziwnie, zwykle mi wtorek "ucieka" i przeważnie nie wiem jaki jest dzień.
I tak sobotnio działałam cały dzień, sobotnio uśmiechnęłam się do Karola by mi pomógł osnuć. Chociaż wcześniej zapierał się ze nie będzie jak zawsze okazało się ze to dobry mąż i bez sensu zawsze gada i się zarzeka;]
f1
Poszło w sumie średnio bo mam wrażenie ze już przy zakładaniu na krosno zrobił się lekki bałagan ale wyjdzie w praniu. Zostało mi jeszcze jakieś 1/3 nicielnic do nawleczenia ale nie spieszyłam się bo liczyłam na to że uda mi się zdobyć inną płochę. Tak więc miałam nie snuć w piatek a osnułam zyjąc w błogim sobotnim przekonaniu....
f2

W niedzielę uzbrojona w płochę pod pachą ruszyłam do Kiermus, wróciłam z nożycami do strzyżenia owiec, cierlicą i kołowrotkiem;] Płochy niet ale za to poznałam z 5 osób które mówią ze mają, wzięłam nawet namiary - może dziś podskoczę, ba dostałam nawet namiary na wóz drabiniasty. Wszystko rozumiem, ze mogłam wyglądać dziwacznie trugając kołowrotek i cierlicę ale czy wyglądam na taką co potrzebuje wóz drabiniasty?!!!!!
Mam nadzieję ze cierlica przyda się niebawem ale o tym kiedyś będzie też osobna opowieść.
DSC_0126

W międzyczasie tzw. ogłoszenie parafialne, do znajomych czytających. Moze ktoś ma jakies "skarby" strychowe, ja poszukuję paru rzeczy
- czesadła do lnu
- międlicy
- narzędzi związanych z przędzeniem, tkaniem - można zapytać babci o wituszki, talkę, snowadło;]
- wanny ocynkowanej albo przedwojennej żeliwnej, szczelnej.
Ja niestety rodziny na wsi nie mam, mail w prawym górnym rogu a ja będę bardzo wdzięczna.

Sobota na siedlisku, pracowita w sumie. Kompost zroszony środkiem do przyspieszania rozkładu, w tym tygodniu muszę zamówić te dżdżownice;]
Przy okazji porządkowania terenu potrzeba posiadania własnej piły spalinowej zarysowała się niestety bardzo wyraźnie bo inaczej będziemy walczyć ręcznie całe wieki a cześć drzewa zostanie niedopiłowanego bo nie ma czym.
Zaczęliśmy również demontować wał ze studni i zostały same kręgi, plan jest by studnię obłożyć kamieniami ale czy sie uda zobaczymy.
Posadziliśmy 6 sosenek tak więc roboty trwają.
f5
Było też plenerowe gotowanie, tym razem jajecznica!
f3

f4


Niedziela to prócz Kiermus wizyta w Skansenie. Akcja pt. Wesele w skansenie. Pozytywnie bardzo bo można było zobaczyć m. in. jak wyglądał korowaj i jak się go przygotowywało. Plus rewelacyjne wystawy:
Dziecięce troski i beztroski. Dziecko w społeczności wiejskiej Podlasia XIX / XX w
Sochy, sierpy, stępy…, czyli o niegdysiejszym gospodarstwie
Środki transportu wiejskiego
Wnętrze chałupy ze Starej Grzybowszczyzny
Wnętrze chałupy z Tymianek Buci

A kolejna impreza tym razem Dożynki w skansenie – 30 sierpnia.

candy candy

reszta candy zakonczona

http://fluttabyz.blogspot.com/2009/07/my-blog-candy-giveaway-gorjuss-girls.html
losowanie 1 wrzesnia

czwartek, 30 lipca 2009

sfilcowanie

Sfilcowałam się ostatnio. Przypadkowo, wymieniłam wosk do batiku na zestaw czesanki i igiełkę.
czesanka
Igiełkę połamałam tego samego dnia;] zamówiłam kolejnych 5 i dłubię. Zanim przyszły igły pofilcowałam na mokro trochę, arcydzieła to nie są ale jak na pierwsze spotkanie z filcem myslę ze całkiem całkiem.
Żeby nie było, to są etui na komórki, królik dla mnie a anielski dla mamy. Ma być niespodzianką więc liczę ze mama do niedzieli nie zajrzy tu;]
krolik

fa

Schnie jeszcze torebeczka z konikiem, którą się niebawem pochwalę.
Edit - skonczyłam i chwalę się już;]

etui

Poza tym w sumie cała lista "to do". Ostatnio na siedlisku zmajstrowaliśmy kompostownik, ciąg dalszy walki z chwastami i trawą po uszy. Rozmyslam nad wpuszczeniem do kompostownika dżdżownic kalifornijskich;]
kompostownik

Swinka dziś dostała basen do taplania się w błocku, w sumie to dziecięca piaskownica ale śwince różnicy nie robi. Na szczęśliwą dziś wyglądała.
a

b

d

f

e

Jedynie co popsuło jej humor to że w takim stanie nie mogła zostać wpuszczona do domu a kąpiele przymusowe nie sa tym co Peppa lubi najbadziej...

Kuchennie podpiwku ciąg dalszy, 10 litrow zniknęło w tempie błyskawicznym, w ogole dziś taki "wiejsko - kuchenny" dzień, Karol robi ser koryciński czy tez "Zamczyskowy" jak go nazywam, chleb piecze się i pachnie cały dom. Lubię takie dni kiedy do kuchni jest kolejka;]

wtorek, 28 lipca 2009

candy candy



http://marzena-handmade.blogspot.com/

piątek, 24 lipca 2009

za szybkie tempo i za wiele wrażeń.

Za szybkie, zdecydowanie, przynajmniej od trzech dni.
Najpierw była wycieczka, nie taka zwyczajna. Wycieczka Z Plecakiem.
wyc
W plecaku jak to w plecaku, książki dwie ostatnio czytane Gösta Berling Selmy Lagerlof i Śladami Świątków Kowalskiego Marka.
Wycieczka była w okolice Wizny, Osowca. Podreptaliśmy, spotkaliśmy dwa zaskrońce. Miło i zdecydowanie trzeba zacząć eksploracje terenowe nieco dalsze + więcej pieszo.
wyc2
Przywiozłam z Osowca kamień, z myślą by teraz przywozić kamienie, malować i mieć taka chwilę uchwyconą. Pamięć kamienia.
wyc1


Kolejny dzień był dniem pracy, na wsi. Karczowanie, koszenie, grabienie, roundupowanie.
Arbuzy rosną jak szalone. W ogole coraz fajniej mimo że na pozór bez zmian. Krzyż tez po "czoperyzacji" został oswojony. A trzeba było oswoić. Ale o krzyżu będzie kiedyś osobna notka.

W międzyczasie pogoń myśli, sto pomysłow na minutę. Na szczęście moi bliscy przyzwyczaili się a tata jest w sumie taki sam wiec sie nawet chyba nie dziwi.
Pomysł był prosty, ława, dębowa, jeszcze należała do mojego dziadka miała dostać nowy wizerunek.
Pomysł prosty, wykonanie trudniejsze. Zdjecia całości "przed" i "po" też będą zasługiwały na oddzielne opisanie. A tymczasem chciałam podziękować jeszcze raz tacie za to ze tyle zrobił bo szlifowanie jej wcale nie jest takie proste.

Kulinarnie tez sie dzieje, własnie dochodzi 23, ja skończyłam robić podpiwek. Po porannych muffinkach z wiśniami praktycznie nie ma śladu. To dobrze, znaczy tylko tyle ze smakowały!
cherry

wtorek, 21 lipca 2009

złomiarskie rękodzieło

DSC_0214

myślę ze wyszło całkiem sympatycznie

A co poza tym?
Dzień na wsi, z mamą. Jak kiedyś, babskie pogaduchy o wszystkim i o niczym. Debatowanie nad tym czy porzeczki zbiera się nudno.
Bardzo pozytywnie mnie to naładowało, mama pierwsza osoba która nie śmiała się z moich arbuzów!
Zrobiłyśmy babskiego grilla, a chłop się wczoraj śmiał jak przez telefon mówiłam mamie ze umiem rozpalić;]
Wróciłam znów z porzeczkami, można by normalnie przemysłowo je przetwarzać, krzaki się uginają.
Fajny dzień.
Lubię.

niedziela, 19 lipca 2009

giezuchy

Zeżarły mnie giezuchy, całą, okropnie jestem popuchnięta w miejscach ukąszeń. do tego mam z tysiąc siniaków;] Nie wyglądam jak "stateczna" mężatka na pewno ale można śmiało podejrzewać ze właziłam na jakieś drzewa i uprawiałam chłopackie rozrywki.
Wczorajszy dzień był pracowity nawet, w końcu zużyłam do cna roundup czyli się nie obijałam. Koniecznie trzeba zakupić kolejną flaszkę, bo niestety chwasty zarastają nasze siedlisko.

A dzis? Niedzielnie tak

DSC_0188

trochę kuchennie ciastowo. Pycha tarta z agrestem. To nic ze galaretką zalałam poł kuchni, warto było hihi.

DSC_0183

Potem bardziej twórczo, w klimatach złomiastych, czyli to co bardzo lubię.

DSC_0207

Clipboard01

A efekt koncowy pokażę za dni kilka!

piątek, 17 lipca 2009

przetwórnia owoców odsłona 1

na szybko
zdjęcia słoików z sokiem porzeczkowym z liśćmi wiśni!
DSC_0013

o soku i upale

Upał dobija, jest paskudnie, a jakos tak sie układa ze nie można się zaszyć w domu i nie wybywać do miasta.
Generalnie dopiero wczoraj uporałam sie z krosnem, dzis w sumie mogłabym osnuć ale Tereska mówiła ze w piątek nie snuje bo wtedy "cięzkie" jest tkanie a ja jestem przesądna.
Ostatnio robiłam dziwaczny sok z porzeczek bo kto widział sok z liści?
W sumie to taki syrop do mieszania z wodą, uwielbiamy i sporo tego pijemy.

sok


Sok z czarnej porzeczki i liści wiśni


Składniki
1 kg porzeczki czarnej
400 liści wiśni
4 litry wody
4 kg cukru
1 cytryna lub łyżka kwasku cytrynowego

Porzeczkę i liście wiśni umyć na durszlaku.
Do garnka wlać wodę,wrzucić porzeczki,cytrynę i liście i zagotować
Po 15 minutach wyłączyć i odstawić na godzinę do naciągnięcia.
Wywar odcedzić i zagotować z cukrem.
Gotować 10 minut i gorącym sokiem napełniać butelki lub słoiczki.Nie trzeba pasteryzować!!!!

A dziś się chyba poobijam, zwyczajnie, po babsku, pomaluję paznokcie, może coś "spsuję" tworczo?
Ale na razie za gorąco, na cokolwiek.

wtorek, 14 lipca 2009

Kannelbullar

Kannelbullar

kannelbullar 1

Ciasto

1 łyżka cukru
50 ml ciepłej wody
2 i 1/4 łyżeczki drożdży instant

200 ml mleka
1 łyżka śmietany
100 g masła
4 szklanki maki
pół szklanki cukru
1/2 łyżeczki soli
łyżeczkę kardamonu

Nadziewanie

2 łyżki masła, roztopionego i ostudzonego
3 łyżki cukru
2 łyżeczki cynamonu - ja sypałam z torebki na oko;]


Smarowanie

1 jajko plus 1 łyżeczka wody
płatki migdałów

Wykonanie

W miseczce wymieszać łyżkę cukru, ciepłą wodę i drożdże.Odstawić na 10
minut aż zacznie rosnąć

W rondelku wymieszać mleko, śmietanę i masło. Podgrzać aż masło się roztopi.
Odstawić by ostygło. Wtedy połączyć z mieszaniną z drożdżami.

W dużej misce wymieszać mąkę, cukier, sól i kardamon. Połączyć z mokrymi składnikami, zagnieść ciasto (można w maszynie do chleba zagnieść).Przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia na 1 h.

Piekarnik nagrzać do temp.175 stopni, termoobieg - ja mam elektryczny, w gazowym pewnie koło 200.

Dobrze podsypać mąką stolnicę!
Ciasto rozwałkować na prostokąt. Posmarować go masłem,
posypać cukrem i cynamonem. Zwinąć jak roladę. Pokroić Kawałki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem. Posmarować resztką
masła. Ostawić do wyrośnięcia na 30-60 minut (nie urosną zbyt wiele - ja pominęłam ten etap i tez było ok).

Przed wstawieniem do piekarnika posmarować z wierzchu jajkiem z wodą, posypać
migdałami. Piec ok. 20-25 minut, aż będą koloru ciemnozłotego.

Bułeczki są pyszne zwłaszcza ze szklanka zimnego mleka! Wychodzi ich całkiem sporo!

kannellbullar

porzeczkowo

a1

Pojechałam wczoraj wieczorem na porzeczki. Z Karolem i Świnką Peppą. Peppa zabrana pierwszy raz, buszowała wśrod traw i jadła owocki prosto z krzaczków. Była wyjątkowo grzeczna, ostatnio niestety nie zdarza się to często.

a7

Porzeczek czarnych nazbierany cały kosz, plus mała torebka czerwonych. Do tego najadłam sie po uszy bo jak zbierać i nie podjadać?

a6

a5

W sumie to takie "sentymentalne" porzeczki, bo to pierwsze zbiory na "swoim kawałku na ziemi". Może to dziwaczne, ale własnoręczny koszyk tez sprawił wrażenie niesamowitości chwili.
a2

a4
Z porzeczek ma być sok. Na razie nie wiem jak sie do tego zabrać.

poniedziałek, 13 lipca 2009

by your side

Tak trochę w innym klimacie
wyciągniete z "szuflady" i takie dzisiejszo - nastrojowe
http://emilior.wrzuta.pl/audio/6Vz3IMEEwEi/cocorosie_-_by_your_side
Cocorosie/ By your side

I'll always be by your side
Even when you're down and out
I'll always be by your side
Even when you're down and out
I just wanted to be your housewife
All i wanted was to be your housewife
I'll iron your clothes
I'll shine your shoes
I'll make your bed
And cook your food
I'll never cheat
I'll be the best girl you'll ever meet
And for a diamond ring
I'll do these kinds of things
I'll scrub your floor
Never be a bore
I'll tuck you in
I do not snore
I'd wear your black eyes
Bake you apple pies
I don't ask why
And i trys not to crys
I'll always be by your side
Even when you're down and out
I'll always be by your side
Even when you're down and out
And its nearly midnight
And all i want with my life
Is to be a housewife
Is to be a housewife
'Cause it's nearly midnight
And all i want with my life
Is to die a housewife
Is to die a housewife

A co poza tym?
Dalej wiązę nicielnice, u Tsumiko prezenty do złapania

Kraina Filcu tez rozdaje prezenty! i to takie cudne zestawy do filcowania, może uda mi się coś "złapac"?



Generalnie buszuję w sieci, wiążę, śpiewam i nie mogę się doczekać zbierania porzeczek wieczorem!

niedziela, 12 lipca 2009

woskowanie

Zabrakło sznurka na nicielnice, 7 m białego tez nie starczyło nawet na połowę przywiązywania do rolek i innych tego typu rzeczy. Wiec trzeba było znów wyruszyć do sklepu, tym razem już po dwie szpule nici lnianych i kolejne 8 m sznurka.
Przy okazji wosk.
Pomysł nawoskowania krosna łaził za mną od początku. Wybór preparatów spory, padło na puszkę o kolorze "dąb rustykalny". W sumie jak się głębiej zastanowić to strasznie głupia ta nazwa;]jej koleżanki w ogóle nazwane w inny deseń - dąb jasny i dąb średni.

Woskowałam je jakieś 5 godzin, teraz pozostało cierpliwie poczekać aż wosk się wchłonie i elegancko je wypolerować. Ale z koloru jestem zadowolona, krosno wygląda zdecydowanie bardziej "świeżo"
k3

k4

Zostało mi tez do zrobienia 195 nicielnic i liczę naiwnie na to ze do jutra je zrobię;]
Potem jeszcze powkładać wszystko na swoje miejsce, zamontować ponoża bo na razie po woskowaniu totalny chaos zagościł.

No i powiem szczerze ze strasznie mi się podoba ten nowy "mebel"!

k1

k2

piątek, 10 lipca 2009

przedstawiam Państwu nowego lokatora

Nowego lokatora zawdzięczam Karolowi, od A do Z. Gdyby nie to ile mi pomógł przy nim nie udało by się. Po prostu mam zajebistego męża. O!

Wyładowane z paki;]
a

Lokator został ostro wyszorowany i zamieszkał w domu.

b

c


e

Ponoża rozpiłowane na 4 części wiec juz nie ma problemu. Bloczki zakupione, linka tez ale okazało się ze 7 m to całe nic. Kupiłam też sznurek na nicielnice i całkiem słusznie bo miałam do zrobienia ponad 360.
Potrzebne były tez listewki sztuk 11. 8 na nicielnice i 3 do snucia.
Wygląda cudnie, jutro mam nadzieję uda mi się zdjecie całości zrobić choć na pewno z wiązaniem nicielnic się nie uporam.
23.00 zostało jeszcze 285;]

A każda to 3 podwójne supły czyli w sumie 6 a to daje nam 1710 supełkow....
d

zakończenie warsztatów i szalony ciąg dalszy!

Warsztaty zakończone, dostałam piękny dyplom, który tez niebawem zeskanowany wrzucę.
Na zakończenie była wystawa naszych prac, i myslę ze naprawdę organizatorzy mogą być z uczestników zadowoleni.

8b

8c

Ja na sam koniec wyplotłam jeszcze cudny koszyk, będzie jak znalazł na porzeczki ktorych jest na siedlisku od groma.

8a

Ale to nie był koniec atrakcji na czwartek. Dostałam namiar na krosno - dziękuję Lilu pięknie!
I w ten sposob własnie dostałam wcześniejszy prezent na urodziny!
Krosno załadowaliśmy na pakę ale czułam pewien "niepokój" czy aby wszystko będzie ok. Bo brak było nicielnic a ponoża tylko 2 a nie 4.
Niewiele zatem zastanawiając się po krotkim telefonie wyruszylismy do Tereski do Janowa by fachowym okiem rzuciła na krosno.
Złożyliśmy je tam do kupy - nic nie brakuje, trzeba tylko rozpiłowac ponoża by były 4 a nicielnice dostałam!!! Troszkę tylko trzeba z nimi powalczyć i będzie cudnie.

Krosno wyladowane pod domem, muszę dokupic jeszcze bloczki by nicielnice się przesuwały, wyszorowac krosno i będzie inauguracja!!!!

środa, 8 lipca 2009

druga tkanina skończona!

Skończyłam drugą tkaninę, to dobry i zły znak. Dobry bo zrobiłam ją sama, całkowicie sama a zły bo to też znak ze plener ma się ku końcowi.
Zdjęc całej tkaniny nie mam bo i całej nie widzialam, bo im więcej plotłam tym więcej zwijało się.

6a


6b
Zostało mi jeszcze ją wykończyć, mam nadzieję ze starczy jeszcze czasu by coś upleść i ulepić.


Dopisane o poranku 9 lipca
Tkanina skończona, wykończona, cudna jest mimo że "dziwnowata" to taka samodzielna. I choć drzewa wyglądają jak Marsjanie a ludzie mają długie buzie to jestem z niej dumna! O!

7a

Dziś od 10-13 wystawa poplenerowych prac.
A wczoraj trochę się poobijałam, odwiedziłam pracownię gdzie nie święci garnki lepią i zaczęłam wyplatać kosz z wikliny. No i nawet kosz juz wygląda jak kosz, będzie na jagody;]

sobota, 4 lipca 2009

sobota twórcza

Było twórczo a nawet bardzo twórczo. Prócz straganów twórców ludowych przebiegała bez zmian, no może prócz tego ze pracownią tkacką zawładnęły wizjonerki.
Każda z wizją, każda z koncepcją w głowie.
W mojej głowie siedzi domek, z okiennicami, otoczony kwiatami. Mam plan skończyć go do końca warsztatów. Ale ten domek będzie mój, taki wymyślony i od A do Z wytkany samodzielnie.
Błędy w nim są ale czyż nie na tym polega nauka?

5a

5b

5c